Brisbane

Brock'a poznałam na meczu quidditcha. Siedzieliśmy obok siebie na tych czerwonych, plastikowych krzesełkach przez dwie godziny, więc rozmowa w końcu musiała się wydarzyć. Rozmawiało nam się całkiem dobrze, na tyle, że kontakt utrzymywaliśmy również po zakończeniu meczu. Kilkanaście dni temu Brock powiadomił mnie, że wyjeżdża do Brisbane odwiedzić rodzinę i przy okazji wybrać się na przedostatni mecz footballu w sezonie - jechał sam, miał więc wolne miejsce w samochodzie, które mogłabym zająć. Zgodziłam się automatycznie, na takie rzeczy nie trzeba mnie namawiać. Wieść szybko rozniosła się wśród moich znajomych i w sobotę rano sunęliśmy już po autostradzie na północ od Sippy Downs siedząc ściśnięci w pięć osób. W drugim samochodzie jechał Brock, Tobias i Constanin. 

Droga minęła nam w towarzystwie japońskich i koreańskich dziewcząt, których to słodziutkie głosy wydobywały się z radia. Alistair mieszka w Australii od urodzenia, jego rodzina pochodzi z Singapuru, przez co często bywa w Azji. Będąc w Korei odkrył tamtejsze zespoły, które tak mocno odcisnęły mu się w głowie, sprawiając, że stał się wielkim fanem K-Popu, o czym boleśnie wszyscy się przekonali. Przynajmniej teraz wiem, że nie lubię tego gatunku muzyki. (Niczym Pollyanna znajduję we wszystkim plusy, tak, wiem jestem cudowna).

Nie wiem czego oczekiwałam od Brisbane. Nie miałam żadnego konkretnego wyobrażenia w głowie, tak jak często bywa z dużymi miastami. Tak właściwie, to ja nawet zbytnio nie lubię dużych miast. Jestem człowiekiem buszu, spanie w namiocie i nie mycie się przez tydzień to moje alter ego. Nie spodziewałam się więc nagłej eksplozji miłości, kwiatuszków, tęczy i jednorożców. Dlatego też trochę mnie zaskoczyło, jak ciepłe uczucia obudziło we mnie Brisbane. Zapewne gdybym miała tam mieszkać, to wkrótce bym je znienawidziła, ale dwa dni szlajania się po ciemnych uliczkach były idealne i całkowicie mi wystarczyły.

Cała wycieczka zaczęła się od miejsca, którego bardzo nie lubię. Galerii handlowej. Wszyscy byli niesamowcie podekscytowani przecenami, ja w spokoju oglądam talerze i patenie warte tyle, ile mój obiektyw (czyli stanowczo za dużo). 

Kiedy w końcu docieramy do Brisbane na niebie jest mnóstwo chmur, nie widać słońca (wtrącenia pogodowe to mój znak firmowy, nie zapominajmy). Samochód zostawiamy w dzielnicy pełnej starych, drewnianych domów w stylu wiktoriańskim i idziemy na piechotę w stronę centrum - najpierw tunelem, który był świadkiem zapewne wielu kradzieży i napaści, a przynajmniej na taki mi wygląda. Lepkie ściany, graffiti, puste puszki na ziemi otoczone kawałkami szkła, gdzieniegdzie kałuże-wolę-nie-wiedzieć-czego. Omijamy śmieci, wychodzimy obok stacji pociągów i dalej w stronę rzeki, która równie dobrze mogłaby robić za Tamizę. 











Idziemy spacerem przez most, wkraczamy w centrum, dookoła wieżowce, nie przygniatają jednak swoją wielkością. Wchodzimy w końcu do lasu deszczowego, który został przekształcony w park. Albo na odwrót. Nie wiem, nie wnikam, moja ciekawość świata jest w tamtym momencie żałośnie niska, co nie zmienia faktu, że jestem zachwycona. Maszerujemy drewnianym podestem, po drodze wpadając w pajęczyny, które są kompletnie niewidoczne, skutecznie jednak sprawiają, że Jo wpada w niemałą panikę. Po tym drobnym incydencie docieramy na mały placyk, na którym postawiona jest altanka zbudowana na wzór chińskiej świątyni, a przynajmniej na taką wygląda, jakby architekt nie miał pomysłu i skopiował to, co mu się pierwsze nawinęło. Wyglądam przez okno i znowu mam wrażenie, że jestem w Londynie. Tym razem patrzę na wielkie Londyńskie Oko. Londyn nie jest przeze mnie darzony wielką sympatią, jednak muszę przyznać, że Brisbane po kawałku kradnie moje serce - i tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to co najmniej patetycznie, cóż jednak zrobić, ciężarówka z lodami przeważa czarę i wiem, że jeszcze tu wrócę (z pieniędzmi, żeby kupić te lody, rzecz jasna).





































































































Wychodząc na ulicę uderza mnie hałas. Będąc zamkniętym w centrum handlowym człowiek zaczyna głupieć, traci poczucie czasu i rzeczywistości. Frytki są odpowiedzią na całe zło. 


Spotykamy się godzinę i trzydzieści minut później. Tym razem wychodzi na jaw mój autorytaryzm, poganiam wszystkich do przodu, sama będąc motywowana głodem. Po drodze wstępuję do pubu o wdzięcznej nazwie "Drinkig Consultansts", część wchodzi do sklepu spożywczego obok. Zwabiona zostałam coverami The Doors, które słychać na ulicy. Przez chwilę razem z Sofia kiwamy głowami w rytm muzyki, jednakże mój burczący brzuch nie daje mi spokoju - pytam barmana gdzie dostanę tu najlepszą pizzę. Pada jedno słowo, bez zająknięcia. "Alfredos". Pytam czy to daleko, barman zaczyna mi mówić, że lepiej, żebym nie szła tam sama - pizzeria nie mieści się w najlepszej okolicy na samotne spacery. Ale ja już zdecydowałam, za późno. 

Karolina Ramos

Born in 1994 in Poland. Constantly spending money on traveling.

5 komentarzy:

  1. No i jak ta pizza wyszla?

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że nadarzyła się okazja. Mnie też nie trzeba by namawiać na jakiś wyjazd :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sama chyba bardzo polubiłabym ten park-las deszczowy.

    OdpowiedzUsuń