Berlin, dzień pierwszy, odsłona druga.

Znalezienie naszego hostelu nie było zbytnio problematyczne. Jedynie miliard miliardów przesiadek w komunikacji miejskiej i oto voilà, jesteśmy na miejscu. Mieszkać miałyśmy w hostelu przerobionym z więzienia, jednakże w ostatniej chwili znalazłam coś jeszcze bardziej taniego, także zamiast starego więzienia, miałyśmy starą kamienicę. Kierując się długim przejściem w tunelu doszłyśmy do dziedzińca na którym stało kilka krzeseł, stół i mały, dmuchany basen wypełniony brudną wodą. A przy drzwiach wisiał garnek z łyżką, awangardowo i hipstersko, no bo, kto chciałby mieć normalny dzwonek do drzwi? 
Po kilku uderzeniach w spód garnka, drzwi w końcu się otworzyły, dostałyśmy naklejki na nasze łóżka, po czym zostałyśmy poinstruowane, że musimy je sobie same znaleźć, gdzieś na górze. Podążając klaustrofobicznymi korytarzami finalnie udało nam się trafić do naszego pokoju.
Kiedy zrzuciłyśmy w końcu plecaki w naszym jakże ekskluzywnym  hostelu, atmosfera jakby trochę zelżała, wzięłyśmy szybko prysznic w jeszcze bardziej ekskluzywnej łazience (dwa kurki z zimną wodą i mały ubytek w postaci brak drzwi) po czym nasza demencja w trybie natychmiastowym została zastąpiona przez wilczy głód. 
Bez żalu opuściłyśmy nasz pokój, pełen metalowych, w większości piętrowych łóżek, zaniosłyśmy mój paszport do przechowania w "recepcji", po czym wyszłyśmy na ulicę, by znowu udać się na stację metra i odbyć kolejne miliard krótkich podróży w stronę Rosenthalter Platz, skąd to miałyśmy się udać do mojej najukchańszej restauracji świata, czyli Yarok. 


Yarok to moje odkrycie z zeszłego roku, serwuje świeże, autenyczne jedzenie z Syrii. Mała knajpka, w której można usiąść na zewnątrz pod parasolem, albo w środku, na jednej z kolorowych puf. Miejsce to prowadzone jest przez przesympatycznych imigrantów, na dodatek ceny są szalenie korzystne dla takich biedaków i dusigroszów jak ja. Za ten mój wielki talerz pełen rozmaitości zapłaciłam bodajże 7 euro. Pozostaje tylko żyć, jeść i nie umierać.


W Yarok siedziałyśmy co najmniej dwie godziny.  W końcu jednak stwierdziłyśmy, że czas podnieść nasze leniwe, zmęczone tyłki i udać się dalej. Kolejny punktem naszego dnia była wizyta w księgarni, abym mogła zakupić sobie brakujące tomy Harrego Pottera. 
W trakcie drogi przez główne ulice Berlina ciężko było napotkać kogokolwiek. Miasto wyglądało jak wymarłe, najwyraźniej wszyscy odpuścili sobie odwiedzanie turystycznych atrakcji w takim lekkim piekiełku jakie panowało. 
(Taki trochę Minecraft na pierwszy rzut oka)



W ogóle dzień ten był przeraźliwie turystyczny, ponieważ zahaczyłyśmy jeszcze o Berliner Dom, która robi niezwykle majestatyczne wrażenie no i jeszcze kilka innych miejsc, o których już nawet nie będę wspominać.

Karolina Ramos

Born in 1994 in Poland. Constantly spending money on traveling.

9 komentarzy:

  1. gdzie przerabiasz zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
  2. ciekawe, czy to byłe więzienie wyglądałoby lepiej, kto wie? jak będę Berlinie, to odwiedzę pewnie tę knajpkę, bo jestem skąpcem numer 1. a ten pomnik jest genialny, żałuję, że się nie załapałam na obejrzenie, ale kto wie, może kiedyś się jeszcze wybiorę. popylałaś tam w obcasach/koturnach, czy mi się wydaje? :D

    OdpowiedzUsuń
  3. boże karolina, serio trochę spuchłaś na twarzy i nosie. ale siniaków nie widać chyba już? S.

    OdpowiedzUsuń
  4. Karolina, gdzie mozna obejrzec ten filmik ( i czy mozna) bowiem mnie sie wyswietla jako prywatny ;/ zwazywszy na to, ze jest na publicznym blogu nie trzyma to sie kupy :P pozdr

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja teraz uparcie szukam nieturystycznych miejsc w Berlinie ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Kocham Berlin i Harrego Pottera:D
    Świetne zdjęcia, proszę o więcej :)

    klaudynabiel.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne zdjęcia!
    Bardzo pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. w jakim języku kupiłaś Harrego, niemiecki?

    OdpowiedzUsuń